Tekst próbny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermiona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermiona. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 czerwca 2013

9.

Cholera. Nie umiałam przebrnąć przez ten rozdział. Naprawdę. Miałam problem by dokończyć pierwszy wątek. W ogóle by z nim ruszyć, ale uznałam, że to najlepszy moment. Chyba wyszło mi sztucznie. W głowie wyglądało to inaczej, w praktyce wyszło jak wyszło. Wszystkich, których ten rozdział zawiedzie bardzo przepraszam. Nie umiałam nic innego ogarnąć. Wiem, zła ja. Co dalej... Hm, będzie się działo (:
Dzięki mojej cudownej becie, Marcie, jestem o krok do przodu, bo czuję się pozytywnie nakręcona do pisania. I nie chodzi o kwestię merytoryczną czy stylistyczną, ale ogólną. Dziękuję bardzo za wszystkie wymienione mejle, za wiadomości, za wsparcie moralne i wysłuchiwanie moich smętów, mimo iż momentami pewnie jestem okropnie nieznośna. Marsev, jesteś cudowna!
Co mnie obecnie napędza do pisania? SZARA TRYLOGIA. I muzyka z nią związana. Słyszeliście Evę Cassidy? Nie? To do niej odsyłam. Szybko!
Miłego czytania :).







Między zajęciami a szlabanem miała dwie godziny czasu, które postanowiła wykorzystać na rozmowę z przyjacielem. Najpierw musiała znaleźć gdzieś Harry’ego, a potem jakieś spokojne miejsce, w którym dałoby się rozmawiać bez dziesiątek osób, które chciałyby usłyszeć wszystko, co może powiedzieć Złoty Chłopiec. W Hogwarcie panowała ponura atmosfera i wszyscy zdawali sobie sprawę z czyhającego niebezpieczeństwa. Uczniowie pragnęli usłyszeć jakiekolwiek słowa pocieszenia czy plotki, które wskazywałyby na to, że jest nadzieja na zakończenie mrocznego etapu w czarodziejskim świecie.
Nikt już nie wywierał presji na Harry’ego, widząc, że chłopak chwilami jest na skraju załamania nerwowego. Coraz rzadziej pojawiał się na zajęciach czy posiłkach, za to więcej czasu spędzał w bibliotece. Młody Potter doskonale zdawał sobie sprawę, że losy całego świata czarodziejów spoczywają na jego barkach. To była myśl, która od dłuższego czasu nie dawała mu spokoju. Obawiał się, że tym razem nie da sobie rady, mimo iż przygotowania do Ostatniej Bitwy ruszyły pełną parą. Wszyscy nauczyciele, cały Zakon Feniksa i połowa uczniów, wraz ze swoimi rodzicami, szykowali się do ostatecznego starcia z Czarnym Panem i jego poplecznikami. Jednak to na Harrym ciążyło najtrudniejsze zadanie – zabicie tego, przez którego wszystko się zaczęło. Najgorsze jednak było to, że musiał najpierw pozbyć się wszystkich horkruksów, a tak naprawdę nie wiedział gdzie mógłby je odnaleźć. W jakiej części świata? Co takim horkruksem mogłoby być?
Hermiona weszła do biblioteki z nadzieją, że zobaczy Harry’ego. Nie pomyliła się. Brunet siedział sam przy najbardziej oddalonym od wejścia stoliku, a dokoła niego były porozkładane stare księgi. Nie tak dawno dostał od dyrektor McGonagall pozwolenie na korzystanie z Działu Ksiąg Zakazanych, dlatego przychodził tam w każdej wolnej chwili.
Podeszła do stolika i uśmiechnęła się słabo, patrząc na niego.
- Mogę? – spytała, wskazując na wolne miejsce obok niego. Kiwnął tylko głową, nawet nie podnosząc wzroku znad książki. Usiadła obok i przez chwilę przyglądała się książkom, które studiował. Westchnęła. – Harry, możemy porozmawiać? – spytała cicho. Podniósł wzrok znad książki, a ona zobaczyła jak bardzo był zmęczony.
- O czym chcesz rozmawiać, Hermiono? – spytał, patrząc na nią przez moment.
- Chciałam cię przeprosić, Harry – powiedziała w końcu. – Ostatnio całkowicie skupiłam się na swoim zadaniu, a przecież obiecałam, że ci pomogę – mruknęła.
Potter zdjął okulary i przetarł oczy dłonią. Spojrzał na przyjaciółkę i przez jakiś czas się nie odzywał. Tak naprawdę nie czuł złości, nie czuł się nawet zawiedziony. Wiedział, że każdy ma jakieś zadanie, które musi wykonać, a on musi poradzić sobie sam. Uśmiechnął się do dziewczyny, mimo wyraźnego zmęczenia i niechęci do rozmowy z kimkolwiek. Niechęć ta wynikała z prostego faktu, jakim było okropne zmęczenie czarnowłosego.
- Nie przepraszaj – powiedział, ponownie zakładając okulary. – Sama masz ostatnio dużo zajęć, musisz przebywać w lochach ze Snapem i robić eliksiry. Nie sądzę, żeby jego obecność była czymś przyjemnym – dodał, patrząc na nią. Skinęła głową.
- Ale powinnam ci pomóc, Harry. Pamiętasz co sobie obiecaliśmy? Że będziemy zawsze razem. Już w pierwszej klasie powiedzieliśmy ci z Ronem, że cię nie zostawimy i będziemy razem. To była nasza decyzja. I teraz powinnam ci pomagać jak tylko mogę, zamiast spędzać tyle czasu w pracowni eliksirów. Przepraszam, naprawdę cię przepraszam. – położyła dłoń na ramieniu chłopaka. – Jak chcesz to w sobotę nad tym przysiądę i jakoś ci pomogę. Albo teraz? Co ty na to? – spytała entuzjastycznie, chociaż w rzeczywistości sama była zmęczona.
- Wiem, że teraz musisz iść na szlaban. Poza tym powinnaś odpocząć. Hermiona, nie przejmuj się tyle, radzę sobie. Naprawdę – dodał, zauważając jej spojrzenie.
Patrzyła na niego trochę sceptycznie.
- Jesteś pewien? Bo jak chcesz to nie pójdę na szlaban, już i tak spędzam z nim wystarczająco dużo czasu – mruknęła, mimo iż wolała nie uciekać ze szlabanu z Mistrzem Eliksirów. Mogłoby się to, przynajmniej dla niej, źle skończyć.
- Tak, jestem pewien. Idź odpocząć, a potem zmykaj na szlaban. Hermiona, nie przejmuj się tak, porozmawiamy później, dobrze? – Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
- Dobrze, ale musisz mi coś obiecać – powiedziała w końcu, patrząc na niego. Tak naprawdę jedyne o czym marzyła, to położyć się i przespać wszystko, co zbliżało się wielkimi krokami – urodziny, ślub Billa i Fleur, Ostatnia Bitwa, codzienne oddawanie krwi, warzenie eliksirów… Wszystko to, niestety, zaczynało ją przerastać.
- Co mam obiecać? – spytał i spojrzał na Hermionę trochę podejrzliwie.
- Zabierz te książki i również idź się przespać, marnie wyglądasz – powiedziała i uśmiechnęła się do niego. Zaśmiał się.
- To miał być komplement? – spytał z rozbawieniem.
- Powiedzmy. To jak? Prześpisz się? – zapytała, patrząc na niego.
- Prześpię – obiecał. – Ale idź już, bo w końcu padniesz, a tego nikt by nie chciał. Wiesz w końcu, że jesteś niezastąpiona. Wiesz o tym, prawda?
- Może – powiedziała po chwili milczenia. – Do zobaczenia, Harry - ucałowała przyjaciela w policzek. Wstała od stołu i wyszła z biblioteki. Była naprawdę zmęczona i miała nadzieję, że godzina snu da jej cokolwiek.

***

Godzina dała jej niewiele, chociaż nie wyglądała już jak inferius – blada i z podkrążonymi oczami. Teraz było odrobinę lepiej, bo już nie miała takich sińców pod oczami. Wzięła swoją różdżkę, bez której się nie ruszała, i wyszła z dormitorium. Po drodze nie zwracała uwagi na ludzi, których mijała, chciała jak najszybciej dostać się do pracowni eliksirów na szlaban, odbyć ten szlaban i pójść na spotkanie z Blaisem. Nie wiedziała jednak, którego spotkania bardziej się obawiała.
W połowie drogi do lochów przypomniała sobie, że musi przekazać mężczyźnie kopertę z zaproszeniem. Zezłościła się, że po raz pierwszy nie wzięła swojej torby i już miała wracać, kiedy przypomniała sobie o zbawiennym zaklęciu Accio. Dzięki niemu w krótką chwilę miała w ręce ładną, kremową kopertę, z wykaligrafowanym napisem „Profesor Severus Snape” na samym środku. Schowała ją, żeby nikt przypadkiem jej nie zobaczył i ponownie ruszyła w stronę lochów. Znów była chwilę przed czasem, pięć minut, ale nawet tyle go złościło. Zamierzała więc poczekać tę chwilę na korytarzu.
Zamierzała, ale jak zwykle jej się nie udało.
- Co tu robisz, Granger? – Usłyszała nieprzyjemny, zimny głos za sobą. Jęknęła w duchu. Jeszcze jego jej brakowało. Odwróciła się powoli i spojrzała na wysokiego, platynowowłosego mężczyznę.
- Nie twój interes, Malfoy – powiedziała dosyć chłodno, patrząc na niego. W rzeczywistości nie chciała spędzić z nim ani nawet jednej chwili. Nie wiedziała co może Malfoyowi przyjść do głowy.
- Granger, jaka się ostra zrobiłaś – zakpił. – Kto ma na ciebie taki zbawienny wpływ, że w końcu postanowiłaś pozbyć się Weasleya ze swojego życia? – spytał, patrząc na nią. Skrzywiła się, słysząc jego słowa.
- Odczep się, Malfoy – powiedziała zła. – To nie twój interes co robię ze swoim życiem i jak się zachowuję, więc możesz już stąd odejść – rzuciła zła i chciała, mimo pewności, że Severus będzie wściekły, wejść do pracowni eliksirów. Już nawet wyciągnęła rękę w stronę drzwi, ale blondyn skutecznie zastawił jej drogę.
- Dokąd się tak śpieszysz, Granger? – Spojrzał na nią stalowymi oczami, w których nie było nawet cienia uczucia. Hermiona jednak postarała się nie pokazać, że obawia się tego chłodnego spojrzenia.
- Powiedziałam już, że to nie twój interes, Malfoy! – Była na niego wściekła. Bała się go. Wszystko zaczynało się komplikować. Po raz pierwszy naprawdę chciała dostać się do lochów. Zdecydowanie bardziej wolała towarzystwo Severusa Snape’a niż Malfoya, po którym można było się wszystkiego spodziewać.
- A może jednak mój? Jesteś w lochach, w miejscu, w którym nie powinno cię być. Spoufalasz się z Blaisem, czego nie powinnaś robić… Granger, wiesz dobrze, że robisz źle – powiedział, patrząc na nią. Skuliła się pod jego spojrzeniem, nie wiedząc za bardzo co ma ze sobą zrobić.
- Malfoy, mam szlaban, a ty dobrze o tym wiesz – rzuciła i chciała go wyminąć, jednak znowu zastąpił jej drogę. Skrzywiła się. Co jeszcze miała zrobić? Pięć minut na pewno już minęło, a ona miałaby się po raz kolejny spóźnić? To było nie do pomyślenia. W duchu aż zaklęła. – Cholera, przepuść mnie już! - krzyknęła i znowu próbowała go wyminąć.
Zaśmiał się. Hermiona dopiero wtedy zrozumiała, w jak niebezpiecznej sytuacji się znalazła. Przecież nie znała Malfoya, nie wiedziała na co może wpaść, jak zareaguje. Malfoy był nieobliczalnym, zagubionym siedemnastolatkiem, z czego dziewczyna, niestety, doskonale zdawała sobie sprawę. Nie bardzo wiedziała też jak ma walczyć z chłopakiem i co ma zrobić, żeby jej się jeszcze bardziej nie oberwało. Złapał ją za nadgarstek, może trochę zbyt mocno go ścisnął. Spojrzał w jej orzechowe oczy, w których widać było tylko niewyobrażalne przerażenie. Tak, Hermiona Granger się go bała. Draco nie wiedział co o tym myśleć. Wcześniej by się z tego ucieszył, ale teraz… teraz wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Patrzył na nią, na jej bladą twarz, kilka piegów na małym nosie, na jej przerażone, duże oczy. Stał nieruchomo, wciąż trzymając jej nadgarstek.
- Co tu się dzieje? - usłyszała głos Mistrza Eliksirów i niemalże się uśmiechnęła, widząc go w drzwiach, tuż za plecami wysokiego blondyna. Severus spojrzał na dwójkę przed nim – Granger, od pięciu minut czekam na ciebie w gabinecie, chcesz zarobić kolejny szlaban? – spytał chłodno, po czym spojrzał na chłopaka. – Draconie, o ile dobrze wiem miałeś tutaj przyjść dopiero za trzy godziny, nie teraz. Czyżbym się mylił? – spytał, siląc się na spokój.
- Oczywiście, że się nie mylisz – odparł Ślizgon, a Hermiona aż przymknęła oczy, słysząc bezczelność w jego głosie. Severus jednak wydawał się nie zwracać na to uwagi.
- W takim razie puść pannę Granger i przyjdź tu wtedy, kiedy będzie twoja kolej – powiedział jeszcze chłodniejszym tonem. Malfoy spojrzał z niechęcią na brunetkę i ją odepchnął.
- Jeszcze się spotkamy, Granger – syknął i odszedł, obrzucając mężczyznę nienawistnym spojrzeniem. Hermiona rozmasowała nadgarstek i weszła do pracowni eliksirów, kiedy Severus przepuścił ją w drzwiach. Spojrzała na niego z pewną wdzięcznością. W końcu nie miała pojęcia co by się stało, gdyby nie otworzył tych drzwi.
- Spóźniona – rzucił chłodno, nie zaszczycając jej spojrzeniem.
- Wiem, ale… - wyjąkała, patrząc na niego. Przecież wiedział, że to nie było od niej zależne, więc dlaczego się na niej mścił? O co mu chodziło?
- Nie ma ale, Granger. Co ja ci mówiłem o punktualności? – Zmierzył ją ostrym, przeszywającym spojrzeniem i po raz pierwszy Hermiona poczuła przemożną chęć by się rozpłakać jak małe dziecko. Dlaczego tak ją traktował? W czym była gorsza od innych? Co zrobiła źle, że tak bardzo próbował się na niej zemścić? Odegrać? Za co? Przecież była jedyną osobę, która tak naprawdę go broniła, powinien o tym wiedzieć, powinien pamiętać!
- Byłam punktualnie, to Malfoy…
- Pana Malfoya proszę do niczego nie mieszać. – warknął. Cofnęła się. Nie wiedziała o co mu chodzi, nie wiedziała też dlaczego Mistrz Eliksirów zachowywał się w ten sposób. Co mu zrobiła?
- Gdyby mnie nie zatrzymał to bym się nie spóźniła! – powiedziała w końcu, unosząc głos. Spojrzała na nauczyciela, po raz pierwszy poczuła w sobie gniew. Przez chwilę wpatrywała się w mężczyznę pełnymi gniewu, orzechowymi oczami. – Ale przecież pana to nie obchodzi, że ja NIE MOGŁAM tutaj wejść, bo w końcu się spóźniłam! – Krzyknęła, przestając nad sobą panować. Cała tłumiona złość znalazła w końcu swoje ujście. – Mam tego dosyć, jestem na każde zawołanie, a pan i tak znajduje wymówki, żeby wiecznie mieć do mnie jakieś pretensje. Dlaczego? – spytała, a jej głos nagle stał się spokojniejszy. – Dlaczego tak bardzo mnie pan nienawidzi? – spytała jeszcze ciszej, patrząc prosto w czarne oczy mężczyzny.
Severus milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w dziewczynę. Zaskoczyła go swoją krnąbrnością, pewnością i bezczelnością. W jej oczach nie zobaczył nawet cienia niepewności czy strachu. To była zupełnie inna panna Granger. Była gotowa zawalczyć o swoje. Po raz pierwszy, odkąd przyszło im współpracować, poczuł, że w końcu nie jest to zahukana nastolatka, która nie wie, czego i tylko wykonuje polecenia grona pedagogicznego bądź członków Zakonu. W końcu była kimś, kto chciał walczyć, nie tylko o swoje, ale także o to, co go otacza.
- Granger… - Zaczął cicho, patrząc na nią. Nie spuszczała z niego pełnego złości i pewności siebie wzroku, mimo iż była, czego Severus był pewny, przerażona swoim nagłym wybuchem. W końcu była panną Wiem To Wszystko, idealną, perfekcyjną. Nigdy w życiu nie nakrzyczała na żadnego z nauczycieli, do osób dorosłych zawsze odnosiła się z wielkim szacunkiem.
Zacisnęła zęby, wpatrując się w niego. Miała wrażenie, że jeszcze chwila i się rozpłacze.
- Granger – powtórzył powoli, wciąż wpatrując się w twarz dziewczyny. – Czy ty próbujesz pyskować? – spytał, a kiedy chciała coś powiedzieć, uciszył ją ruchem ręki. – Nie odzywaj się, dopóki ci nie pozwolę, Granger – syknął, mierząc ją spojrzeniem. Czarne oczy, jak zawsze, były bezuczuciowe, głębokie niczym studia bez dna. – Nigdy więcej nie próbuj podważać mojej decyzji, bo może się to dla ciebie źle skończyć, Granger. – Po raz trzeci powtórzył jej nazwisko, tym samym chłodnym tonem. Stała w miejscu, bojąc się cokolwiek powiedzieć. – A teraz wypij ten eliksir – tu podał jej jedną fiolkę z płynem w kolorze patyny – i zajmij się swoimi eliksirami, zamiast pyskować, bo to w końcu pójdzie na twoją niekorzyść. A póki co, za obrażanie i pyskowanie nauczycielowi… Dodatkowy tydzień szlabanu i kolejne punkty zabrane Gryffindorowi. Tym razem pięćdziesiąt. Chciałabyś coś jeszcze powiedzieć, Granger? – spytał i uśmiechnął się wrednie. Dziewczyna tylko pokręciła głową, biorąc od niego fiolkę z eliksirem.
Odkorkowała ją i niepewnie powąchała. Nigdy wcześniej nie spotkała się z takim kolorem eliksiru. Miał jednak przyjemny, ale bardzo słodki zapach mleka kokosowego. Uśmiechnęła się, po czym wypiła, nie pytając mężczyzny czym jest ten eliksir. W smaku był jeszcze słodszy niż w zapachu. Skrzywiła się i odłożyła probówkę. Spojrzała na mężczyznę.
- Eliksir wzmacniający połączony z eliksirem uzupełniającym ilość krwi w organizmie – powiedział spokojnie. – To znacznie lepsze niż mugolski sposób obdarowywania dawców krwi tabliczkami jakiejś czekoladopodobnej masy. – Wzruszył ramionami, patrząc na zaskoczoną osiemnastolatkę.
- Dziękuję – powiedziała, bo tylko na tyle było ją stać. Skinął głową.
- Zajmujesz się dzisiaj dokończeniem Veritaserum. Poza tym od dzisiaj, Granger, zabierasz się za utworzenie eliksiru wielosokowego. Zakon go potrzebuje, a z tego co wiem, to ty już ten eliksir kiedyś uwarzyłaś. A może się mylę? – zakpił, patrząc na nią jeszcze przez chwilę.
- Nie, nie myli się pan profesor – powiedziała cicho. – Czy wszystkie składniki są w magazynie czy coś trzeba zebrać… albo dokupić? – spytała w końcu.
- To, co jest teraz potrzebne, znajdziesz w magazynie. Resztę składników załatwię niedługo, Granger, kiedy będą potrzebne. Wkrótce i tak muszę wybrać się na Pokątną po część składników i na Nokturna – dodał. Znowu jej się tłumaczył, bez żadnej potrzeby. Zaklął w myślach. – Zabieraj się lepiej za robienie eliksirów, zamiast zadawać niepotrzebne pytania – powiedział chłodno i odwrócił się.
Hermiona przez chwilę zastanawiała się czy może cokolwiek mu powiedzieć czy lepiej nie. Patrzyła na niego, w końcu jednak zdecydowała się odezwać, mimo jego zakazu.
- Mogłabym pójść z panem na te zakupy? – spytała w końcu, patrząc na plecy mężczyzny. Chciał wyjść, ale jej słowa sprawiły, że od razu się zatrzymał. Odwrócił się w jej stronę i uniósł brew.
- Oszalałaś, Granger? – spytał ostro.
- Nie, panie profesorze – mruknęła. – Chciałabym coś zobaczyć na mieście, ale… No nie mam jak i kiedy, więc może gdybym poszła z panem...– zasugerowała.
- Oszalałaś – powiedział, patrząc na nastolatkę z niedowierzaniem. – Jak to sobie wyobrażasz? Wpadniesz prosto w ich pułapkę, Granger. W całym czarodziejskim świecie chodzą Śmierciożercy, wszędzie możesz się na nich natknąć. Jesteś na ich czarnej liście, Granger. Za ciebie, Pottera i Weasleya są wyznaczone wysokie nagrody pieniężne. Chcesz, żeby od razu cię zabili czy żeby przyprowadzili cię prosto przed oblicze Czarnego Pana? – spytał chłodnym tonem, patrząc wprost na dziewczynę. Był pewien, że nie przemyślała sytuacji, w jakiej się obecnie znajdowała.
- Wiem, profesorze, ale pomyślałam, że… że jest jeszcze na tyle eliksiru wielosokowego, dzięki czemu można by było kupić składniki. No i mogłabym się wyrwać w końcu z tego miejsca – przyznała, patrząc na mężczyznę.
- Pomyślimy, Granger – rzucił i wyszedł.
Hermiona nie mogła oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że mężczyzna ukrywa coś ważnego i za wszelką cenę próbuje nie doprowadzić do sytuacji, w której mogłoby to wyjść na światło dzienne, zwłaszcza przy uczennicy, z którą musiał spędzać tyle czasu, mimo iż naprawdę nie miał na to ochoty. Zwłaszcza teraz, kiedy wszystko się skomplikowało. Uśmiechnęła się jednak, bo mężczyzna dał jej minimalną nadzieję na to, że uda jej się chociaż na moment wyrwać z Hogwartu po potrzebne składniki do eliksirów. Wiedziała jednak, że jest pewien składnik, o którym mężczyzna dowiedzieć się nie może.
W ciszy zabrała się za warzenie eliksirów. Eliksir wielosokowy był skomplikowany, ale skoro potrafiła go przygotować już w drugiej klasie, to teraz, po pięciu latach, nie czuła w ogóle zdenerwowania. Musiało jej się udać. Po prostu musiało.
Zajmowała się obydwoma eliksirami w ciszy, starając się nie przejmować tym, że w każdej chwili do pomieszczenia może wrócić jej nauczyciel. Zmniejszyła ogień pod kociołkiem z wielosokowym i usiadła na krześle. Oparła dłonie na blacie jednego ze stołów i rozejrzała się po nieprzyjemnie chłodnej pracowni, w ścianach z kamienia i z masą różnych dziwnych substancji w słoikach. Dopiero wtedy, kiedy przyglądała się pomieszczeniu, przypomniała sobie, że ma do przekazania zaproszenie dla mężczyzny i aż się skrzywiła. Przecież był na nią wściekły, Merlin jeden wie za co.
Westchnęła, wyciągając kopertę. Położyła ją na stoliku i czekała, aż nauczyciel wróci. Nauczona doświadczeniem nie zamierzała do niego iść, w razie gdyby sytuacja miała się znowu powtórzyć. Czas płynął, przynajmniej jak dla niej, zdecydowanie za wolno. Zerkała co jakiś czas na zegarek.
18:30
Do jej spotkania z Blaisem zostało ledwo półtorej godziny. Westchnęła. Miała nadzieję, że zdąży jeszcze na chwilę wstąpić do swojego dormitorium, ale dopiero teraz zdała sobie sprawę, że może czekać na mężczyznę wieczność. A przynajmniej jeszcze ze dwie godziny, co jej się bardzo nie podobało.
19:00
Podniosła się z krzesła i wzięła kopertę. Podjęła decyzję, że nie może dłużej czekać i musi iść dać mu zaproszenie. Nie chciała dłużej czekać, zwłaszcza, że udało jej się  już zrobić podstawę eliksiru. Zdecydowała jednak, że zanim do niego pójdzie, zamknie jeszcze magazyn, o czym wcześniej zupełnie zapomniała. Weszła do pomieszczenia i zauważyła, że na stoliku stał słoik ze skórką Boomslanga. Hermiona aż jęknęła w duchu, zauważając gdzie jest puste miejsce na półkach – na samej górze. Była zdecydowanie za niska, nawet kiedy wspięła się na palce. Rozejrzała się za jakimś stołkiem, na którym mogłaby stanąć, ale w pobliżu nie zobaczyła niczego takiego. Warknęła zła, nie bardzo wiedząc jak może go odłożyć.
Postanowiła jednak się nie poddawać. Przesunęła duży, masywny stół pod regał i jedno krzesło. Weszła na krzesło, a później na stolik. Wzięła słoik i w końcu umieściła go na odpowiednim miejscu. Wolała wszystko posprzątać, zanim mężczyzna wróci. Nienawidziła bałaganu, była perfekcjonistką, zresztą tak samo, jak i Mistrz Eliksirów. Chciała, by wszystko było jak najlepiej ułożone, przygotowane, posprzątane. Musiało być perfekcyjnie.
Byłoby, gdyby nie fakt, że Hermiona momentami bywała niezdarna w swojej perfekcyjności i zachwiała się. Przeraziła się, że spadnie ze stołu, ale nie dlatego, że sobie coś zrobi, tylko dlatego, że mogła coś zbić, zniszczyć, a wtedy znowu poznałaby gniew czarnowłosego mężczyzny. Czego jak czego, ale właśnie tego obawiała się najbardziej.
- Co ty robisz, Granger?! – Głos mężczyzny potoczył się echem po tym niewielkim pomieszczeniu. Dziewczyna spojrzała na niego, starając się utrzymać równowagę. Podszedł do niej szybkim, zamaszystym krokiem i zdjął ją ze stołu, uprzednio łapiąc w pasie. Kiedy tylko postawił ją na ziemi, szybko odsunął się od niej tak daleko, jak tylko się dało.
- Ja… Ja chciałam tylko odłożyć słoik – mruknęła cicho, patrząc na mężczyznę. Znowu się zdenerwowała, widząc jego spojrzenie, pełne złości i niechęci. Cofnęła się.
- Wchodząc na stolik? – spytał chłodno. – Granger, jesteś czarownicą czy nie? – warknął. – Chyba potrafisz machnąć różdżką i rzucić odpowiednie zaklęcie, żeby odłożyć słoik bez narażania samej siebie na niebezpieczeństwo. – Był zły.
- Ja… nie pomyślałam – mruknęła cicho, patrząc na niego. Spłonęła rumieńcem, zawstydzona swoją głupotą. Wiedziała, że popełniła błąd. Po raz kolejny zapomniała o tym, że przecież może używać zaklęć i nie musi się martwić o konsekwencje, zwłaszcza w szkole. Patrzyła przez moment na mężczyznę, czując jak płonie ją ze wstydu.
- Nie pomyślałam? – prychnął rozjuszony. – Granger, czy ty naprawdę jesteś inteligentna czy może twoja opiekunka domu za bardzo cię zawsze chwaliła? – spytał chłodno, patrząc na nią. – Jesteś nieodpowiedzialna! Zamiast używać magii, postanowiłaś poskakać po stołach, nie zważając na to, że w każdej chwili możesz zlecieć. Granger, mam ważniejsze rzeczy na głowie niż sprawdzanie, czy nie zagrażasz sama sobie!
Zacisnęła zęby, wyraźnie zirytowana wrzaskiem mężczyzny. Przestała odczuwać strach czy wstyd. Czuła złość, bo potrafił ją tylko strofować, wytykać błędy, ale nigdy jeszcze jej nie pochwalił. Nie rozumiała dlaczego, przecież nie była w tym wszystkim aż taka zła.
- Nie jestem nieodpowiedzialna! – krzyknęła. W orzechowych oczach widać było gniew. – Robię wszystko to, co pan mi każe, każdy eliksir, każde kolejne, nawet najmniej logiczne zadanie! Nie mam życia towarzyskiego i nie spędzam czasu ze znajomymi, nie wiem nawet co się u nich dzieje i kłócę się z nimi częściej niż do tej pory, bo jestem tutaj, całymi dniami i nocami! A pan ma tylko do mnie pretensje, zawsze pretensje! Dlaczego nigdy nawet nie spróbuje pan mnie pochwalić? Jestem aż tak beznadziejna w tym, co robię? – spytała, patrząc na niego z mieszaniną żalu i gniewu. – Skoro jestem taka zła to dlaczego nic pan z tym nie zrobi? Może mnie pan przecież wymienić na jakiegokolwiek innego ucznia, lepszego ode mnie – rzuciła w końcu, patrząc na niego.
Wyrzuciła z siebie cały gniew i żal, jaki czuła od samego początku. Wszystko to, co dusiła w sobie przez cały ten czas w końcu znalazło ujście. Nawet nie zastanawiała się nad konsekwencjami, jakie mogą wyniknąć z tego wybuchu. To nie było ważne, bo w tamtej chwili liczyła się tylko ta dziwna lekkość, którą poczuła, gdy w końcu wszystko wypowiedziała. Wpatrywała się w niego, czekając na jakąś reakcję. Nie sądziła jednak, że aż tak go zaskoczy swoją złością.
Milczał, wpatrując się w nią czarnymi oczami.
- Wyjdź stąd, Granger – powiedział chłodno, a kiedy nawet nie drgnęła, spojrzał na nią ostrzej. – Granger, powiedziałem coś! Wychodź stąd! – Podniósł na nią głos, złapał ją za ramię i wyprowadził z pomieszczenia. – Wiesz, gdzie są drzwi. Nie musisz jutro przychodzić robić eliksir. Przyjdź tylko rano, wyspana i najedzona. Nie zapomnij o tym, bo pożałujesz swojej głupoty, Granger – powiedział chłodno. – A teraz do widzenia, Granger. Już cię nie widzę! – Znowu uniósł głos. Hermiona szybko złapała swoją torbę i wyszła, bez żadnego słowa pożegnania. Serce biło jej jak oszalałe.
Przy wyjściu z lochów minęła Malfoya, coś do niej mówił, ale ona nie zwróciła na to większej uwagi. Szła szybko. Była zła na siebie i na mężczyznę, za to, jak ją potraktował. Dlaczego nawet wtedy, kiedy to ona przeszkadzała jemu, miała do siebie pretensje za złe zachowanie? Przecież powiedziała prawdę, wszystko to, co czuła, co leżało jej na sercu, co sprawiało, że miała już dosyć, mimo iż był to dopiero wrzesień.

***

Wpatrywał się w drzwi, za którymi przed chwilą zniknęła dziewczyna. Była najbardziej krnąbrną osobą, jaką do tej pory spotkał, a sądził, że po Potterze i młodym Malfoyu na nikogo gorszego trafić nie może. Oddychał szybciej, targany gniewem i emocjami, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Był na nią zły, bardzo zły, ale nie zmieniało to faktu, że, mimo jego potwornej irytacji, dziewczyna w jakimś stopniu miała racje.
Jej słowa, tak dobitnie podkreślające to, co czuje, raz po raz obijały się o ścianki jego umysłu, powracając ze zdwojoną siłą. Miała rację, ale nie zmieniało to faktu, że nie miała pojęcia co się dzieje i dlaczego on zachował się tak, jak się zachował. Ona nie mogła wiedzieć, bo to jej nie dotyczyło. Dotyczyło jego, Malfoya i całej tej chorej sytuacji, w jakiej wszyscy czarodzieje się znaleźli, z nim i jego chrześniakiem na czele. Wiedział, że nie może dopuścić do tego, aby ktokolwiek dowiedział się czegokolwiek wcześniej niż to się powinno stać.
Musiał ochłonąć. Musiał uspokoić oddech i myśli, usunąć całe to wydarzenie z umysłu. Szybkim krokiem przeszedł przez pomieszczenie i wyciągnął dużą, kamienną misę. Myślodsiewnię. Sięgnął po różdżkę i spokojnie przelał swoje myśli i wspomnienia do pojemnika. Wiedział, że wieczorem powróci do tego, ale wtedy na spokojnie będzie mógł wszystko przeanalizować, bez zbędnych emocji, jakie towarzyszyły mu w danym momencie.
Odwrócił się, słysząc natarczywe pukanie do drzwi.
- Wchodź, Malfoy – powiedział chłodno, wciąż pozostając po drugiej stronie pomieszczenia. Odłożył Myślodsiewnię, aby chłopak przypadkiem do niej nie zajrzał.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Draco Malfoy. Spojrzał na ojca chrzestnego spojrzeniem chłodnym i beznamiętnym, z delikatnym, ale kpiącym uśmiechem na ustach.
- Co tym razem zrobiłeś Granger, że gnała stąd jakby gonił ją sam Czarny Pan? – spytał, mimo iż wiedział, że jego pytanie jest nie na miejscu i w ogóle nie powinno paść.
Severus odwrócił się powoli w jego stronę i zrobił dwa kroki do przodu. Czarne oczy były beznamiętne, spojrzenie było wbite w blondyna i każdy normalny człowiek już dawno by się ugiął pod jego wpływem. Ale nie Draco.
- Nic, co powinno cię interesować. – Niemalże zawarczał, patrząc na podopiecznego. – Zajmij się lepiej swoimi sprawami i oczyszczaniem umysłu, bo już na korytarzu mogłem wejść w twój umysł. A ponoć Bellatrix cię uczyła Oklumencji – zakpił.
Blondynowi zrzedła mina, kiedy usłyszał słowa mężczyzny. To prawda, cały szósty rok był najlepszy w Oklumencji, nawet Severus nie mógł zajrzeć w zakamarki jego umysłu, a teraz mógł w nim czytać niczym w otwartej księdze. Malfoy wiedział czym to jest spowodowane, próbował z tym walczyć, ale szło mu to równie opornie, co Longbottomowi eliksiry. Stalowo szarymi oczami spojrzał na swojego ojca chrzestnego, zaciskając zęby. Był zły, ale nie wiedział na kogo bardziej.
- Dobrze zdajesz sobie sprawę z tego, że jeśli to wszystko ma wyjść, to nie możesz nikomu pozwolić przedostać się do twoich wspomnień, bo nie tylko ciebie zamordują, ale również mnie i całą resztę osób, które są w to zamieszane. – Severus ciągnął, nie zrażony spojrzeniem swojego chrześniaka. – Chcesz żeby zamordowali twoją matkę? Przyjaciół? Znasz Bellatrix, ona nie ma skrupułów, nawet dla twojej matki nie będzie ich miała. Tego chcesz? Żeby twoi bliscy umierali w katuszach? – Głos Severusa był chłodny i otrzeźwiający. To, co Draco usłyszał podziałało na niego jak kubeł zimnej, wręcz lodowatej wody.
- Dobrze wiesz, że nie chcę! – Uniósł głos. – Wiem, że muszę to zrobić, wiem, że muszę zablokować umysł i wiem co się stanie, jeśli chociaż malutka informacja wyjdzie na światło dzienne! – Patrzył na niego. Dopiero te słowa sprawiły, że Draco poczuł niewyobrażalny strach przed tym, jakie mogłyby być konsekwencje.
- Zrobię wszystko – powiedział w końcu, mierząc nauczyciela spojrzeniem. Przez moment był niemalże pewien, że Severus się uśmiechnął, ale to przecież było niemożliwe, on nigdy się nie uśmiechał.
- Nie ma innej opcji, Draconie – odparł, sięgając po różdżkę. – Zaczniemy od ćwiczeń, przygotuj się – rzucił, ale nie dał chłopakowi czasu na przygotowanie. Wyciągnął różdżkę przed siebie i powiedział głośno: - Legilimens!
Wdarcie się do umysłu blondyna było prostsze niż odebranie dziecku lizaka. Severus nie pokazał gniewu. Jak mógł tak łatwo dać się podejść? Mężczyzna bez problemu przeczesywał umysł swojego chrześniaka, ale był coraz bardziej zaskoczony uczuciami, jakie nim targały. Nie spodziewał się tego po nim. Zacisnął zęby, gdy w myślach i wspomnieniach blondyna pojawiła się Hermiona Granger. Przewijała się przez większość wspomnień, do których mężczyźnie udało się dotrzeć, ale w końcu blondynowi udało się wypchnąć go ze swojego umysłu. Wykorzystał jednak do tego wszystkie siły, jakie miał, więc kiedy Severus ponownie na niego spojrzał, Draco klęczał na podłodze i szybko oddychał.
- To ostatnie wspomnienie… - zaczął powoli Severus, wciąż mając przed oczami obraz poprzedniego wspomnienia – piętnastoletniej Granger na balu bożonarodzeniowym, w parze z Wiktorem Krumem. Czuł również uczucia, które targały Draconem i był zaskoczony, że wśród nich była… zazdrość[1]!
- Nie ważne – uciął szybko i podniósł się z podłogi, wciąż dysząc. Obrzucił nauczyciela nieprzyjemnym spojrzeniem. – Ćwiczmy dalej.
- Twój wybór. – Przez moment Severus wyglądał jak ktoś, kto zaraz wzruszy ramionami, ale ostatecznie jednak tego nie zrobił. Wziął różdżkę i znowu rzucił zaklęcie.
Jeszcze siedem razy wtargnął w umysł siedemnastolatka, nim udało mu się zablokować zaklęcie. Przez te siedem razy Severus dowiedział się o swoim chrześniaku więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Sam nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć. Wszystko układało się w całość, dopiero teraz, odkryte przez przypadek. Kiedy za dziewiątym razem Draconowi w końcu udało się zablokować umysł, oboje mieli dosyć. Ani zaglądanie do umysłu, ani jego blokowanie nie było czynnością łatwą, prostą i przyjemną. Dla obu stron było to wyczerpujące zadanie.
Stali, wpatrując się w siebie. Draco był lekko pochylony i opierał dłonie na udach, oddychając szybko i płytko, jak po przebiegnięciu całego maratonu. Severus stał dumnie wyprostowany, a w jego oczach czaiła się tajemnica. Nidy nie można było wyczytać nic z jego oczu, ruchów, z jego postawy. Był najbardziej enigmatyczną osobą, jaką można było w życiu sobie wyobrazić. Draco spojrzał na swojego ojca chrzestnego, unosząc głowę do góry. Za długie jasne włosy wpadały mu do szarych oczu, ale on zdawał się w ogóle tym nie przejmować.
- Wystarczy – wychrypiał w końcu, starając się uspokoić oddech. Odkaszlnął.
- Chcę cię widzieć tutaj codziennie o tej samej porze, Draco – powiedział spokojnie, patrząc na niego bez mrugnięcia. – Nie próbuj szukać wymówek, bo to może się skończyć źle nie tylko dla ciebie, ale dla nas wszystkich, łącznie z twoją matką – dodał ze złością.
Szczęście i życie Narcyzy było dla Dracona najważniejsze i Severus doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego za każdym razem wyciągał ten argument, wiedząc, że chłopak zrobi wszystko, by jego matka była szczęśliwa. I żywa. Spokojnie opuścił rękę z różdżką, widząc rozgniewaną twarz chrześniaka.
- I co, dziennie będziesz wypuszczał wcześniej Granger? – zakpił, starając się zamaskować prawdziwe uczucia tym, co wychodziło mu najlepiej – złością i niechęcią, kpiną.
- Nie kpij. Tak, będę ją dziennie wcześniej wypuszczał, a jak przyjdzie co do czego, to będę kazał jej zostawać dłużej. Może wtedy jakoś zareagujesz i zaczniesz ćwiczyć tak, jak tego od ciebie wymagam. Chyba nie chcesz, żeby Granger dowiedziała się co naprawdę do niej czujesz, prawda – Jego uśmiech, chociaż ledwo widoczny był przepełniony złośliwością i chamstwem. – Ciekawe co by powiedziała, gdyby wiedziała, że wciąż o niej myślisz… - zaczął powoli.
- Zamknij się! - krzyknął Draco, patrząc na Mistrza Eliksirów. Zacisnął pięści, miał ochotę rzucić się na mężczyznę. – Zamknij się i nigdy więcej o tym nie mów! Nie w ten sposób!
- Zważaj na słowa, Malfoy – powiedział chłodno. – I ochłoń. A teraz wyjdź – Mówiąc to, wskazał dłonią na drzwi. Draco obrzucił go niechętnym spojrzeniem, pełnym nienawiści, ale wyszedł bez słowa, zamykając za sobą drzwi z trzaskiem.
Oboje mieli dużo do przemyślenia.

***

Z Wielkiej Sali napływały zapachy trwającej kolacji, a także gwar rozmów uczniów ze wszystkich domów. Przy wyjściu z lochów Hermiona zwolniła, żeby uspokoić się i wyrównać oddech. Wszystko to, co wydarzyło się na szlabanie, cała ta kłótnia ze Snapem, nigdy nie powinna się wydarzyć, a ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie mniej jednak wiedziała, że teraz niczego już nie zmieni. Wyrzuciła z siebie wszystko to, co ją gryzło, co sprawiało, że nie potrafiła spokojnie spać i normalnie funkcjonować.
Wzięła jeszcze jeden głębszy oddech i weszła do Wielkiej Sali na kolację. Jej znajomi, prócz Ronalda, siedzieli przy stole Gryffindoru i jedli. Dziewczyna szybko przebiegła wzrokiem po stole Slytherinu, by sprawdzić, czy Blaise jeszcze tam siedzi.
Siedział. Spojrzał na nią pytająco, ale ona tylko nieznacznie pokręciła głową.
Usiadła przy swoim stole – jak zwykle - naprzeciwko Ginny i Harry’ego. Rudowłosa spojrzała na nią, marszcząc czoło, ale nie odważyła się zadać żadnego z pytań, które krążyły jej po głowie. Wiedziała, że nie powinna, nie tu i nie przy tych wszystkich ludziach. Hermiona uśmiechnęła się tylko do nich i zabrała za jedzenie. Chciała jak najszybciej zjeść i iść do Pokoju Życzeń, gdzie w końcu będzie mogła na spokojnie porozmawiać z kimś, kto jest bardzo postronnym obserwatorem. Tego właśnie potrzebowała.
Ginny była inteligentna, rozmowna i bystra, ale była także subiektywna i zbyt zainteresowana życiem innych. Harry był zbyt zajęty swoimi sprawami, a Ronald był Ronaldem. Tak naprawdę tylko Blaise mógł jej pomóc, wyjaśnić kilka spraw i wysłuchać, nie rzucając przy tym żadnych kąśliwych uwag. Doskonale zdawała sobie sprawę, że właśnie tego w tej chwili najbardziej pragnęła.
- Szybko skończyłaś szlaban – zauważył Harry, przyglądając się przyjaciółce przez moment. Hermiona tylko wzruszyła ramionami.
- Cóż, spędziłam tam dzisiaj więcej czasu niż bym chciała, więc w sumie cieszę się, że nie muszę już z nim siedzieć, bo chyba w końcu bym oszalała – zaśmiała się nerwowo. – Zresztą, muszę jeszcze coś załatwić, więc musiałabym go chyba błagać, żeby mnie wcześniej puścił – mruknęła i spojrzała na Harry’ego.
Rzucił jej dziwne spojrzenie i tylko pokiwał głową.
- Co musisz załatwić? – spytała Ginewra, zupełnie ignorując karcące spojrzenie Wybrańca. Hermiona przewróciła oczami.
- Coś. A skoro nie mówię co, to znaczy, że nie mogę ci tego powiedzieć. Albo nie chcę. Coś w tym guście –uśmiechnęła się i dokończyła jedzenie kolacji. Chciała choć chwilę odpocząć, zanim wpadnie w szaleńczy wir pytań Blaise’a Zabiniego.
Ginewra uniosła brew, wyraźnie się nachmurzając. Wydęła wargi, patrząc na przyjaciółkę. Nie rozumiała, dlaczego dziewczyna nie chce jej powiedzieć prawdy. To było dziwne, jak mogła coś przed nią ukrywać? Zmarszczyła brwi.
- Nie patrz tak, nie powiem ci. Nie teraz, nie tutaj, nie dzisiaj – rzuciła, napiła się soku dyniowego i wstała. – Do zobaczenia jutro.
- Jutro? Dopiero jutro? – spytała Ginny, zanim zdążyła ukryć rozczarowanie. Hermiona roześmiała się radośnie.
- Tak, dopiero jutro. Coś czuję, że dzisiaj nie wrócę do dormitorium – odparła i mimowolnie się zarumieniła.
Harry się zakrztusił, a Ginny ze zdziwienia otworzyła usta i bezmyślnie gapiła się na starszą koleżankę. Hermiona nie wracająca na noc do dormitorium? Mająca tajemnice? Co takiego się wydarzyło, że brunetka tak bardzo się zmieniła? Już nie była tą poprawną do bólu panią prefekt, teraz w ogóle nie przypominała samej siebie. Prawdę mówiąc, Hermiona sama była zaskoczona swoją pewnością siebie, tak bardzo do niej niepodobną. Uśmiechnęła się jednak do nich.
- Do zobaczenia – rzuciła i wyszła.
Spojrzała jeszcze tylko wymownie w stronę ciemnoskórego młodzieńca przy stole Slytherinu, kiwnęła nieznacznie głową i opuściła pomieszczenie. Blaise nawet nie odczekał chwili, podniósł się ze swojego miejsca i ruszył do wyjścia spokojnym krokiem, nie dając po sobie niczego poznać. Tylko Ginny w jakiś sposób to ze sobą skojarzyła i jeszcze bardziej się naburmuszyła, zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia o co może chodzić. Ta dwójka miała ze sobą jakieś tajemnice? Sprawy prywatne? W dodatku mieli spędzić razem noc?
Z bezsilności zacisnęła dłoń w pięść i opuściła głowę, wbijając wzrok w talerz.
Cholera, cholera, cholera.
Właśnie poczuła zazdrość.

***

Hermiona nawet się nie zatrzymywała, nie czekała na niego. Szła spokojnie w stronę Pokoju Życzeń. Do pokonania miała aż siedem pięter, co oznaczało sporą ilość schodów. Miała dzięki temu chwilę czasu, żeby jeszcze raz na spokojnie, przemyśleć to, co wydarzyło się niespełna pół godziny wcześniej. Znów przetwarzała w umyśle wydarzenie i to, jak naskoczyła na mężczyznę. Od razu robiło jej się słabo na samo wspomnienie jej głupoty. Jak mogła to zrobić? Jak mogła tak na niego napaść bez powodu? Zganiła się w duchu za własną głupotę i lekkomyślność. Gdyby chociaż raz w życiu ugryzła się w język!
Blaise dogonił ją na trzecim piętrze. Nie złapał jej za ramię i nie zatrzymał, po prostu dorównał jej kroku. Spojrzał na nią i uśmiechnął się, widząc jej zaciętą minę.
- Co zrobiłaś, że tak szybko wróciłaś z tego szlabanu? – spytał, a w jego głosie było słychać autentyczne zainteresowanie.
- Nie tutaj, Blaise – westchnęła, wiedząc, że nie uniknie odpowiedzenia na to pytanie. Z Zabinim to wszystko nie było takie łatwe. On był uparty i nie dawał się zbyć, nawet jeśli ktoś próbował za wszelką cenę to zrobić. Spojrzała na niego – Obiecuję ci, Blaise, porozmawiamy później. Nie tutaj, bo to nie jest odpowiednie miejsce. I czas – powiedziała, tym samym ucinając temat. Pokręcił głową.
- Szybko pokonałaś te schody – powiedział, zgrabnie zmieniając temat. Uśmiechnęła się mimowolnie i znów spojrzała przed siebie.
- Nie szybciej niż ty. Ale co się dziwić, dwa metry wzrostu, długie nogi… Szybko ci poszło – odparła z lekkim rozbawieniem, uśmiechając się. Jej uśmiech, taki szczery i prawdziwy, był zaraźliwy i już po chwili Blaise również się uśmiechał.
- Dwa metry i pięć centymetrów – odparł z dumą, na co Hermiona przewróciła oczami. – No co? – dodał głupio, patrząc na jej rozbawioną minę.
- Tak sobie myślę, że przy twoich dwóch metrach to biedna Ginny będzie potrzebowała jakiejś drabiny, żeby się chociaż do ciebie przytulić… Ona i jej metr pięćdziesiąt… - powiedziała wesoło.
Zaśmiał się, rozumiejąc o co jej chodzi.
- Już tak nie przesadzaj, że dziwnie to wygląda – powiedział rozbawiony. – Poza tym maleństwo jest fajne, mając tyle wzrostu. Wyższa już nie byłaby tą samą Ginny – uśmiechnął się szelmowsko.
- No jasne, jasne. Bo gdyby była wyższa, to już nie byłaby maleństwem… Ale wiesz, że ona się denerwuje, kiedy mówisz o jej wzroście? Jest bardzo wyczulona na tym punkcie i nie sądzę, by to się kiedykolwiek miało zmienić – powiedziała. Coraz mniej dzieliło ich od Pokoju Życzeń, a co za tym idzie – od poważnej rozmowy, nie mającej nic wspólnego ze związkiem czy przyjaźnią między Ginny a Blaisem.
- Wiem, że się złości, już zdążyłem się przekonać – mrugnął do niej porozumiewawczo.
Wchodząc do Pokoju Życzeń, żadne z nich nie zauważyło obserwujących ich stalowoszarych oczu.



[1]                      Wątek ten jest jak najbardziej prawidłowy i nie ma żadnego odstępstwa od kanonu, powiem JK Rowling w jednym z wywiadów przyznała, że Draco Malfoy czuł do Hermiony coś, co z nienawiścią miało niewiele wspólnego. Miało to być pewne odzwierciedlenie miłości Severusa do Lily. Jako iż ten drugi wątek u mnie NIE WYSTĘPUJE to postanowiłam skorzystać z pierwowzoru.

wtorek, 21 sierpnia 2012

2.

No i dwójeczka za mną. Niby miałam to przerobić, ale jakoś nie miałam pomysłu. Muszę napisać dwa inne teksty, a termin oddania zbliża się nieubłaganie. Proszę o bardzo konstruktywną krytykę (z wyjątkiem tego, że temat jest oklepany, bo ja to wiem). Mam nadzieję, że jednak nie jest najgorzej i można to przeczytać, nie zanudzając się w trakcie. Ostatnio pisanie nie idzie mi najlepiej, niestety...






Jedenaście miesięcy wcześniej…
Hogwart po śmierci Albusa Dumbledore’a nie był już tym samym miejscem, każdy na swój sposób był pogrążony w żałobie, co jednak najgorzej znosił Harry Potter. Wiadomość o mordercy dyrektora rozeszła się w ciągu godziny od momentu, gdy śmierciożercy zniknęli z terenu szkoły. Wiele osób próbowało w jakikolwiek sposób pocieszać młodego Pottera, ale on nie chciał tego słuchać. Wraz z Ginny Weasley niemal codziennie zaszywał się w Pokoju Życzeń i wychodził dopiero po ciszy nocnej. Tak, czuł się winny, miał wrażenie, że mógł temu zapobiec. Dlaczego wcześniej nie zauważył, że Snape za tym wszystkim stoi? Dlaczego tak łatwo dał się jednak uspokoić, mimo swoich wcześniejszych uprzedzeń? Ze złością kopnął kamyk, wprost pod nogi dziewczyny idącej z naprzeciwka. Po raz pierwszy od śmierci dyrektora wyszedł ze swojego ukrycia i krążył po błoniach bez większego celu. Spojrzał na dziewczynę i wyraźnie odetchnął z ulgą.
- Hermiona… - mruknął cicho, ale ona tylko się uśmiechnęła.
- Harry, nie tłumacz się. Straciłeś właśnie jednego z najważniejszych ludzi, jakich miałeś w życiu, w dodatku tyle rzeczy się zmieniło… - westchnęła cicho. Założyła włosy za ucho i spojrzała na kamień, leżący przed nimi. – Teraz, kiedy… kiedy on nie żyje, wszystko będzie inaczej – powiedziała cicho. – Grimmauld Place 12 nie jest już bezpiecznym miejscem na spotkania Zakonu Feniksa, ponieważ teraz każdy z nas, włącznie ze Snape’m jest strażnikiem tajemnicy – mówiła cicho, patrząc na kamień. Powoli jednak przeniosła spojrzenie na twarz jednego z przyjaciół. – Teraz głową Zakonu ma zostać Kingsley, albo profesor McGonagall, wszystko zależy od jutrzejszego głosowania. Zamierzam do nich dołączyć, a wiem, że jak osiągniesz pod koniec lipca pełnoletniość, również będziesz chciał przystąpić. Rozmawiałam z profesor McGonagall i powiedziała, że my również mamy wziąć udział w tym głosowaniu. Całe spotkanie Zakonu odbędzie się w gabinecie dyrektora, jego urząd ma objąć właśnie zastępca i… i będziemy mogli złożyć przyrzeczenie, jeśli chcemy do nich dołączyć. Wojna się zaczęła i nie ma od niej odwrotu – westchnęła cicho, wiał mocny wiatr, więc odgarnęła niesforne kosmyki brązowych włosów ze swojej bladej cery. Była wyraźnie zmęczona i nie przypominała tej Hermiony co wcześniej. Harry westchnął, nie wiedział co tak bardzo się w niej zmieniło, ale wiedział, że nie była tą samą osobą. Skinął głową.
- Myślę, że powinienem niedługo wyruszyć na poszukiwanie pozostałych Horkruksów. Dumbledore właśnie tego chciał. Nie wrócę więc na wakacje do Dursleyów i nie wrócę w przyszłym roku do szkoły – również mówił powoli i spokojnie, ale Hermiona widziała, że cierpi.
- Nie, Harry. Dumbledore chciał, byś wrócił na wakacje do Dursleyów. Wciąż masz na sobie namiar, jeśli wyruszysz od razu na poszukiwanie horkruksów, nie dożyjesz nawet końca wakacji, a na to nie możesz pozwolić. Cały świat magii jest na twojej łasce. Wróć do szkoły, a my… pomożemy ci szukać, pomożemy niszczyć… - coraz bardziej nie wiedziała co ma zrobić i co ma powiedzieć, nie czuła się z tym najlepiej. Spojrzała w zielone oczy przyjaciela i poczuła bolesny uścisk w żołądku. Widziała rozpacz, ból, strach, niepewność, nienawiść i jeszcze więcej rozpaczy. Nawet nie potrafiła mu pomóc.
- Hermiono, nie musicie. To zadanie jest moje, nikogo innego, tylko moje – powiedział cicho. – Ja muszę znaleźć wszystkie horkruksy i zniszczyć, muszę zabić… zabić Voldemorta. Ja, nikt inny, rozumiesz to? – spytał, a ona niechętnie skinęła głową.
- Tak, ty musisz go zabić, ale to MY możemy ci pomóc. Pozwól sobie pomóc, pozwól innym znaleźć horkruksy i sposób dla ich zniszczenia – patrzyła na niego. – Jeśli odejdziemy ze szkoły, prawdopodobnie to Voldemort ją zaatakuje, wprowadzi tutaj swoich śmierciożerców, zginą niewinni ludzie, Harry, nie możemy na to pozwolić! – czuła łzy, które napłynęły jej do oczu, brunet też zauważył jej łzy, więc po prostu przytulił do siebie dziewczynę. Hermiona była dla niego jak siostra, której nigdy nie miał.
- Ale…
- Nic, nic nie mów – powiedziała cicho. – Musimy po prostu dołączyć do Zakonu i walczyć z całych sił. Walczyć za to, za co umarł Dumbledore – powiedziała cicho. – Musimy go pomścić, rozumiesz? – złapała policzki chłopaka w obie dłonie i spojrzała mu w oczy, była znacznie niższa od niego, ale to jej nie przeszkadzało. Wciąż nie potrafiła uwierzyć w to, że to Severus Snape zabił ich dyrektora, mężczyznę, który całkowicie mu ufał. Patrzyła Harry’emu prosto w oczy. Kiwnął tylko głową.
- Dziękuję, Hermiono – powiedział tylko. – Pójdę… pójdę do Ginny – wiedziała, że Harry stara się spędzać z młodą Weasley jak najwięcej czasu, bo ma świadomość, że każda chwila może być tą ostatnią. Uśmiechnął się do niej i odwrócił się w stronę szkoły. Patrzyła za nim, jednocześnie odczuwając ciągle tą idiotyczną pustkę w sercu, która pojawiła się niewiele po śmierci Dumbledore’a. Czym była ta pustka? Spojrzała na zamek, w którym spędziła ostatnie sześć lat, raz było lepiej, raz gorzej, ale były to najlepsze wspomnienia. Przymknęła oczy, wspominając jak bardzo cieszyła się, gdy zdobyła list z Hogwartu, chociaż nie miała świadomości jak wygląda świat magii. Wcześniej nawet nie myślała o tym, że coś tak niesamowitego jak magia istnieje. A jednak, istniało. Za wszelką cenę więc próbowała wpasować się w nowe otoczenie, ucząc się wszystkiego na pamięć, starając się być najlepszą tak, jak najlepsza była w mugolskiej szkole do której wcześniej chodziła.
Zawiał chłodny wiatr i otworzyła oczy. Szkolna szata dziwnie jej ciążyła, a mimo iż zaczęło się już lato, pogoda pozostawiała wiele do życzenia. Od tygodnia było wietrzno, dużo padało i dwa razy zdarzyła się burza. Hermiona, wbrew temu, że wyglądała na bardzo odważną, panicznie bała się burzy, więc dosyć ciężko to znosiła. Nikt jednak nie wiedział o tym, co przerażało najlepszą z uczennic. Drgnęła, gdy pierwsze krople deszczu spadły na nią. Ruszyła szybszym krokiem w stronę szkoły. Mrok zaczął obezwładniać świat. Czy tak miało wyglądać życie od momentu śmierci Albusa Dumbledore’a?

***

Minęło półtorej tygodnia od śmierci, od tego czasu nikt nie wszedł do gabinetu byłego dyrektora. Teraz jednak Minerwa McGonagall przechadzała się wzdłuż biurka w swojej szafirowej szacie. Od czasu do czasu zerkała na duży obraz Albusa, powieszony tuż za biurkiem, jednak mężczyzna, jak na złość, spokojnie spał w swoich złotych ramach. Minerwa nie wiedziała jak dalej ma działać, co robić, jak pomóc młodemu Potterowi w najtrudniejszych chwilach jego życia. Czekała na wszystkich członków Zakonu Feniksa, a także na tych, którzy dopiero co mieli dołączyć. Miała nadzieję, że w czasie zebrania obudzi się Albus i wszystko im wytłumaczy.
Drzwi otworzyły się i do środka kolejno zaczęli wchodzić ludzie. Pierwszy był Alastor Moody, zaraz za nim do pomieszczenia weszła Nimfadora Tonks, ciągnąc Remusa Lupina za rękę, później weszli wszyscy Weasley’owie – Molly, Artur, Fred i Weasley, Ron, a także Ginewra, chociaż jej rodzice nie chcieli, by tak młodo wstępowała do Zakonu. Tu za Ginny pojawił się Harry Potter, który jednak nie patrzył na nikogo. Następnie w gabinecie pojawiła się Hermiona Granger, razem z Hanną Abbot i Seamusem Finninganem, Dean Thomas i Neville Longbottom, Luna Lovegood, która jak zwykle miała rozmarzoną minę, Fleur Delacour, trzymająca się ramienia pogryzionego przez wilkołaka narzeczonego, Williama Weasley’a. Do pomieszczenia weszli jeszcze kolejno następni członkowie stowarzyszenia, a na samym końcu wszedł Rubeus Hagrid, przewyższający wszystkich innych.
- Gdzie Kingsley? – zapytała Molly Weasley, patrząc ze smutkiem na obraz byłego dyrektora. Później smutno spojrzała na swojego syna, ale on tylko się do niej uśmiechnął. Bill już nigdy miał nie być taki, jak wcześniej, co jednak nie przeszkadzało jego narzeczonej, Fleur.
- Kingsley może się spóźnić, wciąż ochrania mugolskiego ministra – odpowiedziała Minerwa i zasiadła za biurkiem, zdejmując okulary. Palcami ucisnęła nasadę nosa, była trochę rozdrażniona, nie miała też pewności, że coś pójdzie po ich myśli. – Obiecał jednak, że szybko zapewni mu dostateczną ochronę i przybędzie, w międzyczasie jednak chciałabym, abyśmy zdecydowali o przyłączeniu nowych członków Zakonu – tutaj wskazała na czwórkę Weasley’ów, Harry’ego, Hermionę, Hannę, Deana, Neville’a, Lunę, Seamus’a i kilku innych członków Gwardii Dumbledore’a, którzy zostali zaproszeni na spotkanie przez profesor McGonagall.
- Ale oni są za młodzi! – zaprotestowała pani Weasley, próbując przytulić do siebie najmłodszą ze swoich pociech, ale Ginewra zwinnie wywinęła się z jej uścisku i wtuliła w Harry’ego.
- Molly, większość z nich jest już pełnoletnia, poza tym, nastała wojna, rozumiesz? Każdy z nich będzie walczyć, nie ważne czy będzie w Zakonie czy nie, musisz przeboleć to wszystko, bo oni tak czy inaczej będą walczyć, możliwe, że nawet wbrew twojej woli – powiedziała Minerwa, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Molly chciała coś jeszcze powiedzieć, ale jej mąż ścisnął jej dłoń.
- Molly, kochanie, Minerwa ma rację. Dzieci będą walczyć, czy nam się to podoba, czy nie – powiedział cicho. Molly Weasley więcej się nie odezwała, ale widać było, że nie podziela ich decyzji.
- Pani profesor… czy będziemy mieli jakieś zadania? – spytał Dean Thomas, przerywając rozmowę z Seamusem i wpatrując się w nauczycielkę transmutacji.
- Owszem, panie Thomas. Pytanie tylko, czy wszyscy zgadzacie się, na wstąpienie do Zakonu -  ledwo dokończyła zdanie, a głosy kandydatów na nowych członków Zakonu, w jednej chwili wypowiedziały głośne „TAK”. Minerwa uśmiechnęła się delikatnie.
- Dobrze, w takim razie poczekamy jeszcze chwilę na Kingsley’a i wytłumaczymy wam, jakie każdy z was dostanie zadanie. Jest was wielu, będziecie podzieleni na pary, czasami na większe grupki, każdy dostanie własne zadanie, z którego będzie musiał wywiązywać się przez cały rok szkolny. Przez cały rok, aż do momentu Ostatniej Bitwy, aż do momentu śmierci Lorda Voldemorta – powiedziała głośno i wyraźnie, z determinacją w głosie. Hermiona rozejrzała się dookoła w milczeniu, patrzyła na przytulone pary i cicho westchnęła. Drzwi do gabinetu otworzyły się ponownie i do środka wszedł Kingsley Shacklebot. Przeprosił za spóźnienie i podszedł do biurka Minerwy.
Mężczyzna trzymał w dłoni zwinięty pergamin i wydawał się być trochę zmęczony. Pilnowanie premiera mugoli, pracowanie w biurze aurorów, oraz częste spotkania Zakonu Feniksa były dosyć męczące.
- Dobrze, że pojawiłeś się na spotkaniu, nakreśliłam już im zasady, przyjęłam nowych członków Zakonu i czekamy na ciebie, abyś mógł dokładnie wytłumaczyć o co będzie chodziło przez następny rok, dobrze? – Minerwa wpatrywała się w mężczyznę, a wszyscy czekali w napięciu na swoje zadania.
- Zostaniecie podzieleni na niewielkie grupki dwu, trzy, czasami nawet czteroosobowe. Każdy jednak będzie miał inne zadanie, związane z jego zdolnościami. Kiedy będziemy was wyczytywać, siadajcie już tak, żeby prościej było wam później wytłumaczyć na czym dokładnie będą polegały wasze zadania – zaczął powoli, swoim głębokim, uspokajającym głosem. Hermiona zauważyła poruszenie wśród reszty zgromadzonych, kiedy Kingsley rozłożył długi pergamin. – Artur, Szalonooki i Tonks, Remus, Hagrid i madame Maxime, Fred i George Weasley, Dean Thomas i Seamus Finningan, Ron Weasley i Luna Lovegood, Neville Longbottom, Hanna Abbot i Pomona Sprout, Ginny Weasley i Harry Potter, Fleur Delacour, William Weasley, Charlie Weasley, Molly Weasley… - wyczytywał kolejno nazwiska, dobierał w pary, zostawiał pojedyncze osoby, tak samo, jak Hermiona miała być sama. Nie bardzo spodobała jej się ta opcja, ale powoli czekała, aż mężczyzna podejdzie do niej i wytłumaczy, na czym będzie polegało jej zadanie. Póki co, przysłuchiwała się reszcie zadań, jakie dostawali.
Wiedziała więc, że Artur Weasley, Alastor Moody i Nimfadora Tonks mają inwigilować ministerstwo, słuchać wiadomości i rozmów, donosić na to, co dzieje się w biurze aurorów i na innych piętrach. Dla Tonks było to jedno z łatwiejszych zadań, ze względu na jej metamorfomagię – w końcu mogła przybierać różne postacie.
Remus Lupin miał jedno z trudniejszych zadań – musiał wciąż być wśród wilkołaków i donosić co tam się dzieje, jakie mają plany, co zamierzają dalej zrobić. Hermiona aż wzdrygnęła się na wspomnienie Fenrira Greyback’a, wilkołaka, który zarówno pogryzł Remusa, jak i oszpecił Billa do końca życia. Zadrżała na samo wspomnienie tych żółtych oczu, zaostrzonych brudnych zębów i nieprzyjemnego zapachu, jaki wydzielał.
Hagrid i madame Maxime wciąż mieli próbować przekonać Olbrzymy, co nie było takie łatwe, bo Voldemort obiecywał im znacznie więcej, mimo to od prawie dwóch lat próbowali przekonać chociaż kilku z nich. Hagrid na samą myśl, że ponownie będzie musiał spotkać się z Maxime, uśmiechnął się szeroko, a Hermiona pomyślała, że półolbrzym jest zakochany. Po prostu zakochany.
Bill miał dalej pracować w Gringotcie i donosić, co gobliny sądzą o przyłączeniu się do Voldemorta, a Charlie, wciąż pracujący w Rumunii, miał sprowadzić kilka smoków do Hogwartu, oczywiście na czas trwania bitwy. Poza tym miał pracować zarówno w Rumunii, jak i pojawiać się tutaj, by składać raporty. Molly Weasley natomiast miała wciąż zajmować się domem, zawiadamiać Zakon w razie niebezpieczeństwa i nałożyć na Norę tak wiele zaklęć ochronnych, by nikt niepowołany nie mógł się tam przedostać, bo od tego momentu, właśnie Nora miała być miejscem spotkań Zakonu.
Reszty zadań Hermiona nie słuchała, zainteresowana patrzyła na obraz Dumbledore’a, który już nie spał, za to przyglądał się z uśmiechem, jak padają polecenia które, w większości, wymyślił on sam. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na byłego dyrektora Hogwartu. Hermionę bardzo korciło podejście do obrazu i zadanie wszystkich pytań, które ją męczyły, jednak powstrzymała się od tego. Czekała na swoje zadanie.
- Hermiono, jesteś najzdolniejszą dziewczyną w całej szkole, więc tutaj będziemy potrzebować twojej pomocy. Jesteś wybitną czarownicą w każdej z dziedzin magii, jednak twojej pomocy będziemy potrzebowali z eliksirów. Profesor Slughorn nie chce dalej uczyć, uważa, że nie bardzo do tego się nadaje, bo to nie te lata, więc ktoś będzie musiał go zastąpić. Nie wiemy jeszcze kto, więc póki co, jeśli byś mogła, pomożesz uwarzyć dla pani Pomfrey kilka eliksirów – Hermiona wpatrywała się w swoją nauczycielkę transmutacji z niedowierzaniem. Naprawdę uważała, że da radę?
- Pani profesor, nie sądzę jednak, że dam radę, eliksiry to jedna z trudniejszych dziedzin magii, a ja… - nie dokończyła, bo nauczycielka jej przerwała.
- Hermiono, jesteś bardzo zdolna, wręcz wybitna i perfekcyjna, nie pozwolisz, by jakikolwiek eliksir został źle uwarzony, a skoro Horacy nie chce dłużej pracować, to potrzebujemy kogoś, dla kogo to nie będzie problemem. Proszę cię – powiedziała, patrząc na nią. – We wrześniu będziesz tylko pomagać nowemu nauczycielowi eliksirów tnąc czy miażdżąc odpowiednie składniki, dobrze? – spojrzała na nią, a ona w końcu kiwnęła głową, nie czując się jednak pewnie. Nie rozumiała profesora Slughorna, dlaczego odchodził zaledwie po roku, zostawiając szkołę w tak trudnej sytuacji. Hogwart stracił dyrektora, nauczyciela eliksirów, obrony przed czarną magią i transmutacji, Hermiona cicho westchnęła. Czy nowej dyrektorce uda się w dwa miesiące znaleźć trzech nauczycieli?
- Dobrze, pani profesor – powiedziała cicho, a McGonagall uśmiechnęła się do niej.
- Wiedziałam, panno Granger, że podejmiesz odpowiednią decyzję. Przybędziesz do Hogwartu na tydzień przed początkiem roku i zaczniesz przygotowywać eliksiry, o jakie poprosi cię Poppy, dobrze? – uśmiechnęła się, a Hermiona odwzajemniła ten uśmiech. Za dwa miesiące miała stanąć z najtrudniejszym zadaniem, jakie do tej pory dostała.

***

W wakacje średnio co tydzień były spotkania Zakonu Feniksa w Norze. Hermiona, po uprzedniej rozmowie z Minerwą McGonagall, rzuciła na rodziców zaklęcie zapomnienia. Chciała, by wojna czarodziejów nie odbiła się na nich. Zmodyfikowała ich pamięć tak, by nie pamiętali, że mają córkę, że nazywają się Granger i są dentystami. Mieli inne priorytety, a ona zrobiła to wszystko, by uratować ich przed ewentualną śmiercią. Zamieszkała więc w Norze, wraz z całą rodziną Weasley i czekali na Harry’ego.
Codziennie dowiadywała się nowych rzeczy i codziennie poznawała kolejne przydatne zaklęcia. Próbowała skupiać się na eliksirach i to właśnie im poświęcała prawie cały czas. Na tydzień przed końcem wakacji, w Norze pojawiła się profesor McGonagall, aby zabrać ze sobą dziewczynę do szkoły. Miała jej wytłumaczyć wszystko, a od tej pory, aż do pierwszego września, niemal całe dnie Hermiona miała spędzać w pracowni Mistrza Eliksirów. Snape’a. Mordercy. Na samą myśl zadrżała, ale pożegnała się ze wszystkimi Weasley’ami i Harry’m, zabrała wszystkie swoje rzeczy i zniknęła w zielonych płomieniach. Wylądowała na dywanie w gabinecie dyrektora i rozejrzała się. Dyrektor właśnie coś mówił do portretu jednego z byłych dyrektorów Hogwartu.
- … i powiadomisz Severusa, że wraz z pierwszym września, ma pojawić się w szkole. Minerwa niedługo przeprowadzi rozmowę z całym Zakonem Feniksa i częścią uczniów. Tak, wciąż działa jako szpieg. Phineasie, musisz to zrobić jak najszybciej, żeby mógł załatwić te najtrudniejsze składniki do eliksirów. I przypomnij mu jeszcze, że od początku roku w eliksirach dla zakonu będzie mu pomagać panna Granger. Przypomnij, a nie uświadamiaj, bo on już dawno o tym wie. Na co czekasz? Jak to skończysz, to poproś Aberfortha o to, by znowu wrócił do Zakonu – im więcej osób, tym lepiej. Szybko, Phineasie, nie mamy zbyt wiele czasu! – portret profesora Dumbledore’a pouczał mężczyznę na innym portrecie. Phineas Nigellus, przodek Syriusza Black’a trochę pomarudził w swoich ramach, a później zniknął, by udać się do swojego drugiego portretu. Skąd jednak pewność, że Severus tam będzie?
Hermiona stała bez słowa, sparaliżowana z nerwów po tym, co usłyszała przez przypadek. Miała pomagać śmierciożercy? W dodatku komuś, kto tak naprawdę nigdy nie pałał do niej sympatią. Na samą myśl o tym, zrobiło jej się słabo. Czy oni wszyscy powariowali? Dyrektor, Kingsley, McGonagall? Naprawdę myśleli, że będzie szczęśliwa, wiedząc z kim będzie musiała wytrzymać następne dziesięć miesięcy? Stała przerażona, patrząc to na byłego dyrektora, to na nową panią dyrektor. Nie umiała uwierzyć.
- O, Hermiono, widzę, że już przybyłaś. Jak minęły ci ostatnie dni? – dyrektor pytał z delikatnym zainteresowaniem. – Widzę, że już usłyszałaś komu będziesz pomagać przez cały następny rok, mam nadzieję, że będziemy mogli na ciebie liczyć w tej kwestii. Minerwa wszystko dokładnie ci wytłumaczy, co dalej – uśmiechał się do niej, a Hermiona miała wrażenie, że zaraz pęknie ze złości. Co to miało znaczyć?!
- Ale…
- panno Granger, nie teraz. Minerwa wszystko ci wytłumaczy – powtórzył, uprzejmy ton już nie był tak bardzo uprzejmy. Nauczycielka transmutacji wyprowadziła nastoletnią czarownicę ze swojego gabinetu i powoli poszły opustoszałymi korytarzami do Sali eliksirów.
- Pani profesor, ale jak… jak… - brakowało jej słów, nie wiedziała jak ułożyć swoje zdanie. – Pani profesor, ja nie mogę! – wyrzuciła z siebie, patrząc na nauczycielkę. – Nie mogę z nim pracować, on zabił profesora Dumbledore’a, a teraz ma wrócić na stanowisko nauczyciela eliksirów, jakby nigdy nic?! – dała upust swoim emocjom, była zła, trochę przestraszona, ale przede wszystkim zdenerwowana.
- Panno Granger, proszę się uspokoić. Śmierć Albusa była zaplanowana od początku do końca, w dodatku przez samego dyrektora. Severus prawie całe życie jest szpiegiem, w dodatku podwójnym, teraz również pracuje jako szpieg, ma być, teoretycznie, na polecenie Czarnego Pana. W praktyce jednak Albus sam go o to poprosił, a on za zgodą i namową Voldemorta będzie ponownie nauczał eliksirów – powiedziała cicho i spojrzała na zszokowaną twarz nastolatki. Hermiona nigdy nie widziała swojej opiekunki domu w takim stanie, pełnej pasji i determinacji. Broniła Mistrza Eliksirów tak mocno, jak nigdy wcześniej nawet dyrektor go nie bronił.
- Dobrze, pani profesor – powiedziała w końcu. – Kiedy reszta Zakonu dowie się, że profesor Snape wraca do szkoły i wciąż… wciąż jest po naszej stronie? – zapytała, chociaż głos lekko drżał jej z nadmiaru emocji. To było za dużo informacji jak na jeden raz, ale Gryfonka starała się dzielnie trzymać i nie pokazywać po sobie, że trudno przyswoić jej takie rzeczy.
- Dzisiaj wieczorem. Hermiono, nie musisz przychodzić na zebranie, skoro i tak wiesz, czego będzie dotyczyło. Zostaniesz w szkole, w lochach, a od pierwszego września, jak sama usłyszałaś od dyrektora, będziesz tylko pomagać Severusowi, codziennie po lekcjach. Do ciebie będzie należało przygotowanie odpowiednich proporcji i składników, wykonanie prostych eliksirów, jak eliksir pieprzowy czy nawet veritaserum – była wicedyrektorka wydawała się być spokojna, jej głos był mocny i pełen determinacji, jednak Hermiona wyczuwała niepokój i strach, czemu nie sposób się dziwić.
Kiwnęła głową, powoli wszystko sobie układając. Eliksiry, składniki, Severus Snape, wspólne wieczory… Przy ostatniej myśli nieznacznie się wzdrygnęła. Owszem, zawsze miała szacunek do tego nauczyciela, wiedziała w końcu ile musiał przejść, podobało jej się, że zawsze potrafił na wszystko znaleźć odpowiedź, był inteligentny i oczytany, wiedział więcej niż pozostali nauczyciele, ale to i tak nie zmieniało faktu, że był opryskliwy, sadystyczny i chamski w stosunku do niej i reszty Gryfonów. Najbardziej bolało ją wspomnienie z czwartej klasy, kiedy to kpiąco oświadczył, że nie widzi różnicy w jej wyglądzie po tym, jak Malfoy rzucił na nią zaklęcie, a ona nie potrafiła już zakryć swoich długich, przednich zębów, które zaczęły sięgać końca brody. To było jedno z najgorszych wspomnień dziewczyny ze wszystkich lat w Hogwarcie i poza nim. Kiedy McGonagall odprowadziła ją do lochów, Hermiona pożegnała się z nauczycielką i weszła do tak bardzo znanej, a zarazem znienawidzonej sali. Dzięki zaklęciom, jakie podała jej kobieta, brunetka mogła przejść do gabinetu Severusa Snape’a i do jego prywatnych zapasów. Spojrzała na rozpiskę nad rozstawionymi kociołkami i jęknęła w duchu.
Eliksir pieprzowy – siedem kociołków.
Eliksir spokojnego snu – piętnaście kociołków.
Veritaserum – dziesięć kociołków.
Eliksir wiggenowy – pięć kociołków.
Szkiele-wzro – trzy kociołki.
Później było jeszcze kilka innych, znacznie trudniejszych eliksirów, a także kilka takich, o których Hermiona nie miała pojęcia. Spojrzała na Wywar Tojadowy i Felix Felicis, które również były na tej liście i zastanowiła się, czy dałaby radę, jednak zaraz z tego zrezygnowała. To przecież były trudne eliksiry, a ta część rozpiski była skierowana nie do niej, a do Mistrza Eliksirów. Rozejrzała się po pomieszczeniu i sięgnęła po książkę z eliksirami. Skrzywiła się, widząc pokreślone słowa, zapisane tym samym pismem, którym zapisana była część książki Harry’ego. Książka Księcia Półkrwi. Pamiętając, jak bardzo podpowiedzi Snape’a pomogły Harry’emu w zeszłym roku, postanowiła się kierować tym, co zapisane zostało drobnym pismem ich nauczyciela. Razem z książką przeszła do sali, rozłożyła siedem kociołków, rozłożyła książkę na blacie stolika i położyła różdżkę obok niej. Wyciągnęła potrzebne składniki i zabrała się za ich przygotowanie, uprzednio podpalając ogień pod każdym z siedmiu kociołków.
Robiła wszystkie kociołki na raz, używając jednego ze skuteczniejszych zaklęć. Wszystkie składniki jednak przygotowywała ręcznie, do każdego z kociołków. Perfekcyjnie zgniotła w moździerzu 280 kulek czarnego pieprzu, połamała na trzy części siedem kłów węża, rozłożyła czternaście korzonków stokrotek i muchy siatkoskrzydłe. Eliksir pieprzowy był jednym z ulubionych eliksirów pani Pomfrey – za każdym razem, gdy ktoś chociaż lekko pokasływał, ona od razu wmuszała w taką osobę jedną dawkę lekarstwa. Hermiona sama miała „przyjemność” spróbowania tego specyfiku i do końca dnia para uchodziła z niej uszami. Nieprzyjemne uczucie, jednak lek doskonały.
Każdy skończony eliksir od razu zanosiła do skrzydła szpitalnego, w którym madame Poppy Pomfrey już na nią czekała. Powiadomiona przez nową dyrektorkę, spędzała resztę wakacji w murach szkoły, zamiast we własnym domu. Nie narzekała jednak, wręcz ciągle matkowała Hermionie – prosiła, by odpoczywała, by dużo spała, nie przemęczała się, uważała na siebie, bo przecież eliksiry nie są łatwe. Dziewczyna tylko kiwała głową, zgadzała się, dla świętego spokoju, ze szkolną pielęgniarką i wracała do sali eliksirów, by rozpocząć kolejne eliksiry. Nie było łatwo, ale nikt nie obiecywał, że wojna i przygotowania do niej będą łatwe. Każdy, kto zdecydował się na czynny udział w walce z Voldemortem i jego poplecznikami, musiał mieć świadomość tego, co w każdej chwili może nastąpić, włącznie ze śmiercią bliskich osób, dzieci, niewinnych i przestraszonych, walecznych… Hermiona musiała sama przed sobą przyznać się, że tak naprawdę boi się wojny i tego, co może się stać. Była na świeczniku, tak samo, jak pozostali przyjaciele Chłopca, Który Przeżył. Każdy mógł stać się teraz kartą przetargową, byle tylko Złoty Chłopiec dostał się w ręce Czarnego Pana.
Przez cały tydzień skupiała się tylko i wyłącznie na eliksirach, dzięki czemu tak bardzo nie myślała o strachu. Czasami pojawiała się w Norze, żeby zjeść posiłek i odpocząć, trochę porozmawiać z przyjaciółmi i członkami Zakonu Feniksa. Pozostałe chwile spędzała w lochach, tworząc kolejne eliksiry na potrzebę pielęgniarki i stowarzyszenia. Dni mijały tak szybko, że nim dziewczyna się zorientowała, już był pierwszy września, za kilkanaście godzin w szkole znowu miał być gwar i harmider, mieli pojawić się nowi, niewinni uczniowie klas pierwszych, a także znowu miała zobaczyć Mistrza Eliksirów.
Drzwi do sali otworzyły się z hukiem, dziewczyna niechcący upuściła na ziemię fiolkę z eliksirem zapomnienia i przestraszona spojrzała na wejście do sali. Mistrz Eliksirów spojrzał na nią czarnymi oczami, a Hermiona miała wrażenie, że serce jej stanęło na moment.
- Uważaj co robisz, Granger – warknął, kiedy drzwi zatrzasnęły się za nim. – I to niby ty masz mi pomagać przy eliksirach? Jesteś przecież tak niezdarna, że nawet nie potrafisz utrzymać zwykłej probówki w dłoni, a co dopiero precyzyjnie cokolwiek pokroić – każde słowo ociekało jadem, brunetka momentalnie zbladła, wpatrując się w niego. Zawsze brakowało jej słów, gdy widziała profesora Snape’a, a kiedy tylko zaczynał ją obrażać, nawet nie potrafiła w żaden sposób odpyskować. Teraz też nic nie zrobiła, biernie czekając na kolejną obrazę.
- No co tak stoisz?! Posprzątaj to i zabierz się za przygotowanie składników do Felix Felicis, Amortencji i eliksiru Wielosokowego. Szybko! – przeszedł przez salę, omiatając ją spojrzeniem i wszedł do swoich prywatnych komnat. Hermiona szybko posprzątała po rozbitej fiolce, napełniła kolejne słoiczki resztą eliksiru, wyczyściła kociołki i zaczęła przygotowywać składniki, które trzeba było podać na wstępie. Każdy z tych eliksirów miał bardzo złożoną recepturę. Amortencja, jako najsilniejszy eliksir miłości, składał się w głównej mierze z różnych ziół, kwiatów i przypraw, dla każdego pachniał w inny sposób, na każdego działał zupełnie inaczej – jednym wystarczyło podać niewiele eliksiru, by uzyskać silny efekt, natomiast innym potrzeba było znacznie więcej, by efekt był zadowalający. Odpowiednie składniki pocięła w równe kawałki, inne zmiażdżyła w kamiennym moździerzu, a jeszcze inne zostawiła w całości. Skończyła z jednym eliksirem i zaczęła z drugim, Felix Felicis – potrzebował pół roku na uwarzenie.
- Skończyłaś, Granger? – na dźwięk głosu mężczyzny Hermiona aż podskoczyła. Stał blisko niej, a ona nawet nie wiedziała, kiedy się pojawił. Pokręciła głową, a on spojrzał na nią pobłażliwie. – I co? Potrzebujesz całego dnia na przygotowanie kilku prostych składników? Czy to także cię przerasta, Granger? – kpił z niej, a ona starała się trzymać nerwy na wodzy.
- Nie, panie profesorze. Skończyłam składniki potrzebne do zrobienia Amortencji, a teraz staram się odpowiednio przygotować składniki do Felix Felicis – odpowiedziała powoli, patrząc na mężczyznę. Spojrzał na nią i, wyraźnie nie mając się do czego doczepić, rzucił:
- Szybciej, Granger. Nie mam całego dnia, by bawić się w obserwowanie jak ślimaczym tempem przygotowujesz składniki, które powinny zająć ci nie więcej niż 10 minut – po jego słowach dziewczyna odwróciła się i powróciła do przerwanej czynności. Z nerwów zaciskała zęby, żeby niczego nie odpyskować. Zastanawiała się nad reakcją przyjaciół na wieść, że Snape nie jest mordercą, będzie ich dalej uczył i, na dodatek, ona musi z nim ściśle współpracować.
Skończyła składniki do Felix Felicis, więc kiedy mężczyzna zabrał się za oba eliksiry, ona postanowiła zająć się eliksirem Wielosokowym, który był dla niej łatwy – w końcu już w drugiej klasie wykonała go bez niczyjej pomocy, a teraz robiła go za zgodą personelu szkoły, nie musząc znowu kraść składników. Uśmiechnęła się mimowolnie na samo wspomnienie tamtego roku.
Trzy godziny później Severus Snape wygonił swoją siedemnastoletnią uczennicę z Sali, niby to mówiąc, że ma się przygotować i nie spóźnić na ucztę, bo inaczej od razu odejmie jej pięćdziesiąt punktów. Wolała się nie wykłócać, więc wysprzątała swoje stanowisko i pobiegła do siebie, by odświeżyć się i przebrać do kolacji. Gdy wybiła godzina 17, ona jako jedyna uczennica siedziała w Wielkiej Sali, wraz z większością grona pedagogicznego. Nie było tylko Rubeusa Hagrida, który miał za zadanie przyprowadzić pierwszaków, a także Filiusa Flitwicka, który objął stanowisko zastępcy dyrektora. Dziewczyna wpatrywała się w każdego z nauczycieli, chciała zauważyć, jakie zmiany w nich zaszły.
Dziesięć minut po godzinie siedemnastej, drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się z hukiem, a do środka weszli wszyscy uczniowie klas od drugiej do siódmej. Widząc przyjaciół, mimowolnie się uśmiechnęła. Ten rok zapowiadał się znacznie gorzej niż poprzedni.